poniedziałek, 15 września 2014

Budujemy socjalizm, czyli coś o Hucie Katowice

Dziś wpis o prawdziwym industrialu. Co ciekawe nadal czynnym, co zdawałoby się być nietypowe dla współczesnego Górnego Śląska i Zagłębia. Tak, tak, to co rządzący pozostawili nam po 1989 roku to tylko ochłapy starego ciężko-przemysłowego świata. Lecz niekoniecznie tu, w Dąbrowie Górniczej. Chodzi o największy w kraju kombinat metalurgiczny - Hutę Katowice. 



Miasto owo wiecznie postrzegane przez pryzmat wielkiego przemysłu, zdawałoby się, że nie ma więcej do zaoferowania jeśli chodzi o ciekawe miejsca. Poniekąd i ja podtrzymam tę sugestię na pierwszy post o Dąbrowie obierając właśnie hutę. Jednak nie możemy też zapominać o tzw. dąbrowskim pojezierzu, gdzie znajdziemy więcej chronionych gatunków fauny i flory niż w niejednym parku narodowym, o tutejszych kościołach (jedno sanktuarium i dwie bazyliki). Paradoksalnie to miasto o bodaj najbogatszych tradycjach ruchu komunistycznego w kraju, już od początków XX wieku. Lecz o tym wszystkim kiedy indziej.



Znamienitą decyzję o budowie nowej huty podjęło Prezydium Rządu w 1971 roku. To początek dekady rządów Gierka - według obiegowych opinii najtłustszych lat w całej historii PRL. Lecz czy aby zakład był naprawdę potrzebny? Mimo budowy realnego socjalizmu, otwarcia się na Zachód (a raczej uchylenia drzwiczek) a tym samym zaciągnięcia licznych kredytów oraz kupna licencji niezbędnych do produkcji nowoczesnych jak na owe czasy produktów - mówi się tu o zmarnowanej szansy. Władza nadal wolała iść w rozwój przemysłu ciężkiego zamiast w rozwój infrastruktury oraz konsumpcji, czego efektem był ostry kryzys ekonomiczny lat 80. Równie istotny - o ile nie ważniejszy - był wydźwięk propagandowy, w czasach kiedy to media sytuowały Polskę rzekomo na 10 miejscu, jeśli chodzi o najsilniejsze gospodarki świata. Niemniej jednak huta całościowo przekształciła urbanistycznie, społecznie i komunikacyjnie całe Zagłębia Dąbrowskie. Co widać zresztą do dziś. 



W 1972 roku wbito pierwszą łopatę na placu budowy a już cztery lata później uzyskano pierwszy spust surówki z wielkiego pieca. Wszystko miało być najlepsze, najszybsze i najnowocześniejsze. Sprzęt budowlany ściągano lub zakupiono m.in. w ZSRR, USA i Szwecji. W szczytowym okresie na placu budowy wynoszącym ok. 10 km kw. pracowało przeszło 40 tysięcy ludzi z całego kraju. Wielu z nich potem osiadło w Zagłębiu i zostało pracownikami huty. Do dziś na terenie zakładu czynne są 3 wielkie piece - ostatnie, obok krakowskiej Huty im. Sendzimira, w kraju. Były oddawane do użytku kolejno w 1976, 1977. Otwarcie "trójki" przesunął zapewne późniejszy kryzys, dopiero na rok 1986. Pracują tu także trzy konwertory, a także dwie linie ciągłego odlewania stali i dwie walcownie finalne. Huta obecnie jest skrupulatnie modernizowana przez nowego właściciela - Arcelor Mittal.

  

Na potrzeby huty wybudowano szereg zakładów kooperujących - bazy transportowe, zakłady obracające złomem, własną elektrociepłownię, wielka koksownię w sąsiedztwie (Kombinat Koksochemiczny "Przyjaźń"). W 1979 roku w okolice huty doprowadzono Linie Szerokotorową Hutniczą, którą można było, bez konieczności przeładunków na granicy wówczas polsko-radzieckiej, transportować masowo rudę żelaza, z Zagłębia Krzyworoskiego (dziś Ukraina).
Początkowo roboczo zakład zwano Hutą Centrum. Ponoć patronem przyszłego zakładu miał zostać I sekretarz Edward Gierek lub przywódca ZSRR Leonid Breżniew (na wzór np. częstochowskiej Huty im. Bieruta, krakowskiej im. Lenina albo dąbrowskiej im. Dzierżyńskiego (to druga huta w mieście - sięgająca korzeniami XIX wieku Huta Bankowa)). W końcu jednak uznano, że w dobie budowy nowoczesnego socjalizmu to po prostu nie wypada. 




Huta, mimo zakład młody, już dorobił się własnej, miejskiej legendy. Ma nim być opuszczony biurowiec gdzieś w głębi terenu huty, zwany potocznie i dość ponuro - Zębiec. Budynek według świadków jest nawiedzony. Drzwi same się otwierają, szklanki same dźwięczą i się tłuką, krany z wodą nagle są uruchamiane jakąś diabelską siłą. Dość dziwny kontekst aby nawiedzony miał być jakiś budynek w takowym miejscu. Mówi się ponoć, że w czasie budowy obiektu wtargnął do niego jakiś gospodarz, któremu władza ludowa odebrała siłą ziemię pod budowę zakładu, po czym się powiesił. Ile prawdy w jegoż niespokojnym duchu drążącym budowlę nie wiadomo. Opowiastka jednak jest i żyje po cichu własnym życiem.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz